Strony

czwartek, 17 kwietnia 2014

Rozdział 4

Budzę się na kamiennej posadzce. Jestem w pomieszczeniu gdzie są cztery ściany, które są również z kamienia. Wstaję. Widzę pochodnie które wiszą na każdej ze ścian. Po środku sali jest stół i jakaś księga. Za nimi jest łukowate przejście w którym widać ciemność.
- Co jest do cholery jasnej?- szepczę sam do siebie- gdzie Jen?!
Nagle uświadamiam sobie, że w dłoniach trzymam jakiś naszyjnik. Wygląda tak samo jak ten znak który był na czole Davida i Jessici. Słysze jakieś kroki. Szybko chowam naszyjnik do kieszeni w spodniach i stoję jak wryty. W przejściu pojawia ten stwór, który wciągnął nas tutaj. Zauważa mnie. Warczy a następnie szybkim krokiem podchodzi do mnie. Uderza mnie w rękę wymawiając przy tym jakieś słowa. Kość w prawej ręce pęka na pół. Zaczynam krzyczeć. Uderzam potwora pięścią lewej ręki w głowę z całej siły. Prawie się przewraca lecz nie robi to na nim jakiegoś wrażenia. Kiedy chcę uciec łapie mnie za złamaną rękę i przyciska do ściany, kiedy ja wyję z bólu. Dotyka dłonią mojej szyi i mnie podnosi dusząc mnie przy tym. Powoli zaczynam tracić powietrze. Przed oczami zaczynają pojawiać mi się czarne plamki. Jest ich coraz więcej, aż w końcu sytuacja wymyka się spod kontroli. Do sali wbiega Jennifer. Zauważa co ta postać ze mną robi i od razu reaguje. Pędem podchodzi do stołu, bierze księgę i przybiega do mnie. Z całej siły uderza potwora w głowę. Ten natomiast ku mojemu zdziwieniu się przewraca. Pewnie z tego powodu, że był skupiony na mnie i nie zwracał uwagę na to co się dzieje za jego plecami. Upadam na podłogę. Prawie nic nie widzę, ponieważ w pomieszczeniu panuje półmrok a na dodatek mam czarne plamki przed oczami, które po chwili ustępują. Szybko zaczerpuję powietrza i pomagam Jen w walce. Kiedy ona chce go ponownie uderzyć, ten wyciąga rękę przed siebie a Jennifer leci na ścianę jakby ktoś ją uderzył. Kiedy się poruszam ból ręki jest coraz większy, ale muszę przetrwać chociaż przez chwilę. Jen wstaje. Bierze pochodnie z lewej ściany na którą poleciała i prowokuje stwora do walki, powoli przybliżając się do niego. Ja natomiast podchodzę do prawej ściany i również biorę pochodnie. Zachodzę potwora od tyłu i podpalam mu tył szaty. Przerażony odwraca się i chce podnieść rękę żeby mnie odepchnąć, lecz dopiero po chwili zauważa, że jego szata z tyłu się pali. Kiedy chce ją ugasić, Jen ciągnie go za kaptur, a ten się wygina jak most łukowy. Podpala mu przód stroju, a ja go kopię w nogi, wyjąc przy tym z bólu spowodowanego przez złamaną prawą dłoń która zrobiła się teraz okropnie sina. Kiedy Jennifer kończy podpalać mu przód szaty, wsadza mu pochodnię do buzi. Słyszymy tylko jak w środku krzyczy. Jen podbiega do mnie i razem patrzymy jak potwór staje w płomieniach, a po chwili runie na ziemię. Jennifer spogląda na mnie i się do mnie przytula. Krzywię się z bólu, ponieważ ucisnęła moją złamaną rękę.
- Au!- mówię.
- O boże! Co on ci narobił! Musimy coś z tym zrobić zanim stanie się w tej kości coś gorszego- odpowiada. 

- Dobra, dobra. Najpierw musimy się stąd wydostać! To miejsce jest szalone!- krzyczę.
- Chodźmy- mówi Jen i kierujemy się ku wyjściu trzymając się za ręce.

Kiedy wychodzimy z sali, jesteśmy w półciemnym korytarzu, który jak mi się wydaje jest dosyć długi. Po prawej stronie od wyjścia jest ściana, więc musimy się kierować w lewo. Po obu stronach ścian są pochodnie i drzwi które rozmieszczone są co około 20 metrów. Idziemy powoli. Ja nadal trzymam pochodnię, która bardziej rozświetla nam ten długi korytarz. 
- Cholera jasna kiedy ten cholerny korytarz się wreszcie skoń...- mówi Jennifer i nagle przerywa.
 Z drzwi po prawej stronie wyskakuje jakaś dziewczyna. Na oko, ma około czternastu, szesnastu lat. Uderza Jen w głowę jakąś metalową rurą, a ta upada na ziemię. Szybko reaguję i natychmiast pochodnią dotykam jej lewej ręki. Dziewczyna wyje z bólu i opada. Jen natomiast wstaje i podchodzi do niej.
- TY SZMATO!- krzyczy i zaczyna ją kopać- ZWARIOWAŁAŚ?! MY NIE JESTEŚMY NIMI! MY JESTEŚMY LUDŹMI!
- Zostaw ją!- krzyczę i przyciągam Jen do siebie.
Dziewczyna wstaje. W miejscu gdzie ją dotknąłem pochodnią, skóra jest pęknięta, a z niej płynie krew.
- Ludzie!- mówi- Dzięki Bogu!- zaczyna płakać.
- Spokojnie- mówię- już nic ci nie zrobimy. Po prostu przestraszyliśmy się ciebie tak samo jak ty nas.
- Ja... przepraszam. Myślałam że to oni... te potwory- odpowiada smutnym głosem.

Jennifer podchodzi powolnym krokiem do dziewczyny i kuca przy niej.
- Co się stało? Skąd się wzięłaś tutaj i jak masz w ogóle na imię?- Jen pyta się dziewczyny.
- Mam na imię Zoe i...- Zoe zaczyna płakać.
- Już dobrze- mówię- Nie musisz się nas bać.
- No dobrze, a więc pięć dni temu szłam z przyjaciółmi z nocnej imprezy. Mówili oni, że wczoraj wieczorem widzieli, jak jakiś gościu w czarnym stroju szarpał dwóch nastolatków. Spojrzał na moich znajomych, a oni uciekli. Kiedy mi to powiedzieli to trochę się przeraziłam. No i tak szliśmy szliśmy kiedy nagle usłyszeliśmy przerażający dźwięk, no tak jakby pisk. Z ziemi wyłonił się ten potwór. Przebił ciała moich znajomych i wrzucił ich do tej dziury w ziemi. Zaczęłam krzyczeć i uciekać, ale to coś wymówiło jakieś słowa w nieznanym mi języku i poleciałam do tyłu kilka metrów. Złapał mnie i wszedł ze mną w głąb dziury. Kiedy przedzieraliśmy się przez ziemię straciłam przytomność. Obudziłam się w takiej gigantycznej sali. Oni tam byli, rozmawiali o czymś, co dziwne rozumiałam o czym mówią. Myśleli że jestem nadal nieprzytomna. Gadali o jakiejś wojnie pomiędzy rodzajami i przepowiedni, która jeśli się spełni..nadejdzie koniec świata. Mówili coś też o ofiarach i o tym że niektóre rodzaje chcą ich powstrzymać. Tak naprawdę to nie wiem co to te rodzaje- ciągnie.
- Dziwne- mówię.

Ktoś w korytarzu na przeciwko nas oddalony o około sto metrów zauważa mnie, Jennifer i Zoe. 
- O cholera- mówi Zoe i szybko wstaje.
- UCIEKAMY!- krzyczę i biegniemy w stronę z której przyszliśmy razem z Jen. 
Potwór zaczyna biec za nami. Mamy przewagę w odległości. Złamana ręka mocno mnie boli, lecz zaciskam zęby.Koniec. Tu jest ściana i salka obok w której nic nie ma. Z kieszeni prawie wypada mi ten naszyjnik, lecz w ostatnim momencie udaje mi się go złapać.
- Boże i co teraz?!- panikuje Jennifer. 
Zoe, która jest obok szturcha mnie, a z dłoni wypada mi naszyjnik i dodatkowo poprzez kopnięcie Jen przesuwa się o dwa metry. Potwór jest już około czterdziestu metrów od nas. Lecz nagle zaczyna się dziać coś dziwnego. W podłodze tworzy się czarna dziura na szerokość korytarza. Potwór jest już około dwudziestu pięciu metrów przed nami. Zatrzymuje się i w osłupieniu gapi się na nas. Nagle zaczyna biec ponownie i to szybciej. 
- Wskakujcie tam!- krzyczę.
- Co?!- odpowiada Zoe z niedowierzaniem.
- Jeśli tam nie wskoczycie on nas złapie i zabije!- krzyczę- szybciej!
Piętnaście metrów.
- W końcu musi tam coś być!- krzyczę
Dwanaście metrów.
Zoe bierze głęboki oddech i wskakuje do dziury, a za nią Jennifer.
Osiem metrów.

Podnoszę z ziemi naszyjnik i zawieszam go sobie na szyję.
Pięć metrów
Potwór jest coraz bliżej. Głośno warczy.Skaczę. Po moim skoku dziura się zamyka. Po chwili czuję lekkie powietrze, a potem wiatr. Spadam w kierunku światła. Krzyczę. Kiedy przechodzę przez barierę tej jasności, pojawiam się w miejscu, w którym zniknęliśmy razem z Jen bodajże ostatniej nocy. Upadek jest twardy z około pięciu metrów. Spadam na złamaną rękę, wrzeszczę z bólu. Jen jest obok mnie, ale nie ma z nami jednej osoby.
Nie ma Zoe.

niedziela, 13 kwietnia 2014

Rozdział 3

To...to było coś niesamowitego, a zarazem przerażającego. Stoimy kilkanaście sekund. Słyszymy jakiś pojazd na sygnale, więc uciekamy z miejsca zdarzenia. Biegniemy, aż w końcu docieramy do jakiejś uliczki około osiemset metrów od zdarzenia. Nie czuję zmęczenia z powodu adrenaliny. Widzę jak Jennifer się trzęsie, jak jej oddech z nerwów nie może się unormować.

- Jen, spokojnie! To już minęło! Nie ma się czego bać.- mówię do niej. Patrzy na mnie przez chwilę, a następnie się przytula. Uliczka jest bardzo wąska. Położona jest pomiędzy dwoma ceglanymi kamieniczkami. Widzę jak patrole policji, straże pożarne i karetki przejeżdżają. Biorę Jennifer za rękę, a następnie kierujemy się w kierunku mojego domu.
- Nie zwracaj na siebie szczególnej uwagi.- mówię- to może zwrócić na nas czyjąś uwagę i mogą nas podejrzewać o spowodowanie tego..szalonego zdarzenia.
Pewnie znaleźli już ciało tego doktora. Nie chcę o tym myśleć, lecz to wspomnienie jakoś samo nawraca. Jen idzie z założonymi rękoma i stara się unormować oddech. Kiedy docieramy do domu, każę Jennifer iść do mojego pokoju, a ja w tym czasie idę sprawdzić jak się czuje mój brat i mama. Nadal śpią, więc idę do Jennifer. Siedzi na łóżku i ogląda wiadomości w telewizji. Mówią o wypadku w parku. Całe USA o tym gada.
- Będzie dobrze...- mówię- złapią tego kto to zrobił, ale...albo...nie.
- To jest kompletnie popieprzone! Nierealne!!!- krzyczy i zaczyna wpadać w histerię.

- Jennifer uspokój się! Paniką niczego nie rozwiążesz!- odpowiadam.
- Nie rozwiąże?! Tego nie da się rozwiązać! To coś nawet nie było człowiekiem! Widziałeś co tam się stało, ja też i nie wiadomo co to było! To było coś zza światów!- mówi.
- Dobrze, już dobrze- przyciągam ją do siebie a ona się przytula- Później odprowadzę cię do domu.
 

...

  Jest godzina dwudziesta druga czterdzieści cztery. Moja mama ogląda telewizję, a brat śpi. Jennifer również śpi na moim łóżku. Postanawiam ją zaraz obudzić, lecz przed tym chodzę na dół do mamy. Siedzi na fotelu i ogląda telewizor. Podchodzę do niej.
- Mamo idę odprowadzić Jen, będę za trzydzieści minut- mówię.
- Dobrze, tylko uważajcie na siebie. Kto wie czy ten zabójca nie chodzi po osiedlu i czyha- odpowiada.
- Oj przestań...- mówię i wychodzę a następnie kieruję się na górę do mojego pokoju.
Podchodzę do leżącej Jennifer i lekko ją szturcham. Po chwili się wybudza.
- Chodź odprowadzę cię do domu- mówię.
- Okay- odpowiada a następnie wstaje i schodzi po schodach na dół do przedpokoju.
Wychodzimy. Noc jest duszna i wilgotna. Jen mieszka około 10 minut od mojego domu, więc w sumie jest niedaleko. 

- Nie mogę o tym zapomnieć- Jen przerywa ciszę- to było coś okropnego.
- Słuchaj, mówiłem Ci że nie masz o tym myśleć. Po prostu nie zawracaj sobie tym głowy, pomyśl o czymś innym- odpowiadam.
- Łatwo Ci powiedzieć...tak się nie da- mówi.
Od tego momentu już się nie odzywa. Idziemy znowu w ciszy. Jesteśmy około kilometra od mojego miejsca zamieszkania w miejscu gdzie jest niewielka polanka która odgradza dzielnicę Night od dzielnicy Day. Poruszamy się po małej dróżce a po bokach rosną niewielkie drzewa.
Słyszę nagle jakiś chrzęst. Jen od razu zamiera i się zatrzymuje. Ja tak samo. Odwracam się, lecz nic nie widzę. Może to po prostu jakiś szczur lub coś w tym stylu. Idziemy dalej. Nagle nasz słuch rozdziera okropnie głośny i przeraźliwy pisk. Przed nami ziemia z ogromną szybkością się otwiera a z podziemi wypełza ta sama postać która była dzisiaj w parku, tyle że bez tych długich pazurów. Jen upada na ziemię, zemdlała. Potwór wydaje jakiś warkot. Bierze rękę przed siebie, a mnie odpycha do tyłu. Krzyczę a następnie upadam na ziemię. Zakapturzona postać podchodzi do Jen, podnosi ją i bierze na ręce. Ja natomiast wstaję i podbiegam do tego potwora który odwrócił się w stronę dziury i do niej podchodzi. Biegnę co sił w nogach. Wyciągam ręce i skaczę jak długi. Potwór wskakuję do ziemi, lecz udało mi się złapać jego spiczasty kaptur. Czuję smród w glebie, a następnie ziemia się zasypuję. Słyszę jakieś trzaski i piski, tutaj jest gorąco. Ziemia rozstępuje się pod nami. Odgłosy stają się coraz głośniejsze. Udało mi się coś zerwać z szyi potwora, lecz nie wiem co to jest.
W końcu tracę przytomność.

sobota, 29 marca 2014

Rozdział 2

Siedzę przez chwilę w otępieniu. Przecież to niemożliwe, jak oni mogą nie żyć?! Richmond zawsze było spokojnym miastem. Bardzo rzadko zdarzały się tu zabójstwa, prawie w ogóle. Wstaję z łóżka i pędem biegnę do biurka. Łapię telefon i dzwonie do Jennifer. Nie czekam długo. Od razu odbiera. 

- Słyszałaś?- pytam się.Słyszę jak coś mamrocze. Nie rozumiem jej, ale wiem, że mocno płacze- Słuchaj, spotkajmy się za 15 minut na obrzeżach parku od strony Michingan Avenue, czekam!- mówię. Odkładam telefon i wychodzę.
...
Biegnę. Docieram na miejsce w ciągu 4 minut. Widzę Jennifer przed taśmą oddzielającą miejsce zbrodni. Płacze, to jest pewne. Podchodzę do niej i od razu ją przytulam. Wciska się we mnie i wpada w histerię. Uspokajam ją, próbuję jej mówić, że wszystko będzie dobrze, lecz w ogóle mnie nie słucha.

- KTO TO ZROBIŁ?!- krzyczy i opada powoli na trawnik trzymając się mnie. Przez ciągnięcie moich ubrań prawie ściąga mi spodnie, lecz udaje mi się w ostatniej chwili je przytrzymać. Opada na trawnik. Wygląda jak zbity pies.

- Uspokój się i wstawaj!- krzyczę. Biorę ją za rękę i pociągam do siebie żeby wstała. Szturcham ją lekko. Po chwili się uspokaja.

- Nie rozumiem...co się stało?! Kto i jak?- łże. Kładę dłoń na jej głowie i pozwalam się jej do mnie przytulić. Czuję zapach jej pięknych włosów które pachą miętą z nutką cytryny. Dopiero tera uświadamiam sobie że się we dwójkę trzęsiemy.

Spoglądam na martwe ciała. David ubrany jest w niebieską baseballówkę oraz zielone spodnie. Jessica natomiast, ma ubrany czerwony t-shirt i jeansową, krótką spódniczkę sięgającą troszkę powyżej kolan. Ich głowy są zmasakrowane. Oprócz znaku na czole, mają rozszarpane oczy z których wyciekła już krew. Jeszcze jedna rzecz która mnie zszokowała to to, że mają zmasakrowaną szyję. Widać rozgryzioną tętnicę szyjną oraz brak krtani. Chce mi się wymiotować na ten widok. Słyszę lekarza który mówi do policjanta, że morderstwa dokonano około dwudziestu pięciu minut temu. Stoimy jeszcze chwilę z Jennifer, gdy nagle staje się coś dziwnego.

Okropny dźwięk głębokiego, głośnego krzyku przeszywa wszystkich którzy stoją w pobliżu miejsca zbrodni. Słońce przykrywa czarna jak węgiel chmura. Nagle obok ciał uderza piorun. Przez dłuższą chwilę nic się nie dzieje, aż w końcu ziemia zaczyna dziwnie drżeć. Najpierw czuję lekkie wibracje które coraz mocniej narastają.

- Co się dzieje?- pyta przerażona Jennifer.
- Nie wiem.- odpowiadam.

Około 10 metrów od ciał ziemia tak jakby się otwiera. Jakaś dłoń z wielkimi pazurami wynurza się na powietrze, a podłoże w tym miejscu staje się coraz szersze. Dłoń razem z pazurami ma około pięćdziesięciu centymetrów. Kiedy wynurza się cała, przechodzi wszystkich w około okropny, bolesny jęk. Z ziemi wynurza się postać w czarnym ubiorze. Ma wielki spiczasty kaptur, nałożoną długą szatę oraz wielkie pazury na obu dłoniach które mają liczne rany wypełnione krwią. Ubiór tego potwora jest mocno zniszczony. Końcówki szaty są rozszarpane. Nie mogę zauważyć twarzy. Kaptur ją przysłania. Jedyne co widzę to to, że ma białe kropki w oczach, które chyba nimi są. Chwile stoi w miejscu i spogląda się na wszystkich. Lekarz który jest przy nim cały drży aż w końcu wydaje głośny okrzyk. Potwór go zauważa. Doktor chce uciec w naszą stronę, jest odwrócony głową do nas, lecz kiedy wstaje palce z pazurami potwora rozszerzają się i przeszywają ciało lekarza w okolicach klatki piersiowej i głowy. Krew tryska na mnie i Jennifer, ona wydaje głośny okrzyk, lecz potwór nie wydaje się być nią zainteresowany. Postać odwraca się do Davida i Jessici. Bierze go na ręce i podnosi wysoko do góry, na pazurach które przebijają jego ciało. Potwór wymawia jakieś słowa w kierunku czarnej chmury i rzuca go w głąb ziemi, z której wyszedł. Tak samo robi z Jessicą, tyle że nie rzuca jej w ziemię tylko wchodzi z nią do niej. Postać powoli wnika w glebę. Ziemia się osuwa i się zasypuje. Chmura wydaje jakieś dziwne dziwne dźwięki. Policja i inne służby stoją w otępieniu z przerażonymi wyrazami twarzy. Z góry słyszę głośny huk, a następnie piorun uderza w auto policyjne, które jest około 15 metrów obok nas. Pojazd eksploduje, a następnie inne auta służb ratowniczych które są w pobliżu. Odrzuca nas na około 20 metrów. Uderzam w drzewo. Czuję jak krew spływa mi z głowy. Kiedy wstaję, widzę, że wszystkie pojazdy służb ratowniczych, kanałów telewizyjnych, prasy oraz stacji radiowych stoją w płomieniach a w okół są same ciała. Pomagam wstać Jennifer. Jej nic się na szczęście nie stało ponieważ trzymała się mnie podczas eksplozji i nie uderzyła w drzewo tak jak ja, tylko obok niego upadła. Chmura na niebie opada na ziemię. Widzę jak wchłania ofiary i gasi ogień. Przechodzi na miejsce gdzie potwór wyszedł z ziemi, a następnie wchłania się do gleby.
Natychmiast powstaje wielka mgła, kiedy zanika ofiar wybuchu już nie ma.

niedziela, 23 marca 2014

Rozdział 1

Stoję przed szkołą Green High School w miasteczku Richmond w stanie Georgia. Czekam na Jennifer, która kończy lekcje za pięć minut, czyli o piętnastej. Jest dwudziesty czwarty czerwca, dwa tysiące  czternastego roku. Na dworze jest gorąco, parno i wilgotnie. Siedzę na ławce przed szkołą ubrany w brązowy t-shirt i czerwoną koszulę w kratę oraz w krótkich dżinsowych szortach. Moje brązowe włosy mam zaczesane do tyłu, lecz nie ulizane. Po chwili słyszę dzwonek, który oznajmia koniec lekcji. Uczniowie wychodzą ze szkoły na trawnik przed budynkiem. Ostatnia wychodzi Jennifer. Bardzo mi się ona podoba. Ma blond włosy sięgające do łopatek. Niebieskie oczy i długie rzęsy. Dziś jest ubrana w czarny top i dżinsowe krótkie szorty. Od razu mnie zauważa. W dłoniach niesie dwa podręczniki, jeden z biologii drugi z języka angielskiego. Podchodzi do mnie i siada obok mnie.

- Czemu nie było cię dzisiaj w szkole? To już kolejny raz, jeszcze trochę i cię wyrzucą!- mówi doniosłym głosem.

- Mam problemy. Moja matka i brat są chorzy, mają grypę, nie mogą się ruszyć z łóżka, muszę im jakoś pomóc. Jak wyzdrowieją będę chodził regularnie- odpowiadam łagodnie.

- Dobrze, przepraszam że cię tak naskoczyłam- mówi- idziemy gdzieś?- pyta.

Przez chwilę zastanawiam się po co w sumie tu przyszedłem, ale w końcu przypominam sobie, że chce się jej spytać czy zrobi ze mną projekt do szkoły.

- Nie, nie mogę. Przyszedłem Cię tylko zapytać o to czy chciałabyś ze mną zrobić projekt?- pytam nieśmiało

- Och, przepraszam cię. Ale już jestem umówiona z Davidem i Jessicą na ten projekt. Mogłeś się wcześniej zapytać, bo teraz już im nie odmówię. - odpowiada.

-Eh, no dobra.. no szkoda. Postaram się coś wymyślić sam. Do zobaczenia w poniedziałek. Będę w szkole w poniedziałek żeby go oddać. Pa- mówię ze smutkiem w głębi duszy. Jestem zazdrosny o nią. Podoba mi się Jennifer, ale wątpię że ja jej. Boję się do niej zagadać, bo martwię się że mnie wyśmieje i się ode mnie odwróci.

- Do zobaczenia, Jake- uśmiecha się, wstaje i idzie kawałek prosto przez kamienną dróżkę a następnie skręca w prawo i idzie do domu po cementowym chodniku.

Siedzę jeszczę przez chwilę na ławce a następnie wstaję i idę do domu.

Kiedy docieram na miejsce, wchodzę do domu, ściągam buty i kieruję się prosto a następnie w lewo do salonu gdzie leży moja mama. Śpi więc postanawiam jej nie budzić. Wracam, ale tym razem wchodzę po schodach po prawej stronie od wyjścia z salonu. Kiedy docieram na górę otwieram po cichu drzwi mojego brata Mike'a, które są po lewej. Brat również śpi. Wychodzę z pokoju brata a potem idę do mojego, który znajduje się na przeciwko. Zamykam drzwi. Siadam na łóżku które jest po lewej i sięgam po pilot a następnie włączam telewizor. Serfuję po kanałach, aż w końcu zostawiam na wiadomościach z mojego miasteczka. Zauważam że na ekranie widnieje czerwony pasek który oznacza, że coś ważnego się stało. Odczytuję że znaleziono dwie ofiary znalezione w parku pomiędzy drzewami. Miały wyżłobione na czole koło w którym był trójkąt, a w trójkącie znak X a na niego naniesioną elipsę (coś podobnego do kształtu oka), po środku elipsy znajdowała się kropka.
Dreszcz przechodzi po moich plecach, krew zamiera i oddech staje się zimy kiedy odczytuję kim były ofiary.
Byli to Jessica i David, znajomi moi i Jennifer.