Budzę się na kamiennej posadzce. Jestem w pomieszczeniu gdzie są cztery ściany, które są również z kamienia. Wstaję. Widzę pochodnie które wiszą na każdej ze ścian. Po środku sali jest stół i jakaś księga. Za nimi jest łukowate przejście w którym widać ciemność.
- Co jest do cholery jasnej?- szepczę sam do siebie- gdzie Jen?!
Nagle uświadamiam sobie, że w dłoniach trzymam jakiś naszyjnik. Wygląda tak samo jak ten znak który był na czole Davida i Jessici. Słysze jakieś kroki. Szybko chowam naszyjnik do kieszeni w spodniach i stoję jak wryty. W przejściu pojawia ten stwór, który wciągnął nas tutaj. Zauważa mnie. Warczy a następnie szybkim krokiem podchodzi do mnie. Uderza mnie w rękę wymawiając przy tym jakieś słowa. Kość w prawej ręce pęka na pół. Zaczynam krzyczeć. Uderzam potwora pięścią lewej ręki w głowę z całej siły. Prawie się przewraca lecz nie robi to na nim jakiegoś wrażenia. Kiedy chcę uciec łapie mnie za złamaną rękę i przyciska do ściany, kiedy ja wyję z bólu. Dotyka dłonią mojej szyi i mnie podnosi dusząc mnie przy tym. Powoli zaczynam tracić powietrze. Przed oczami zaczynają pojawiać mi się czarne plamki. Jest ich coraz więcej, aż w końcu sytuacja wymyka się spod kontroli. Do sali wbiega Jennifer. Zauważa co ta postać ze mną robi i od razu reaguje. Pędem podchodzi do stołu, bierze księgę i przybiega do mnie. Z całej siły uderza potwora w głowę. Ten natomiast ku mojemu zdziwieniu się przewraca. Pewnie z tego powodu, że był skupiony na mnie i nie zwracał uwagę na to co się dzieje za jego plecami. Upadam na podłogę. Prawie nic nie widzę, ponieważ w pomieszczeniu panuje półmrok a na dodatek mam czarne plamki przed oczami, które po chwili ustępują. Szybko zaczerpuję powietrza i pomagam Jen w walce. Kiedy ona chce go ponownie uderzyć, ten wyciąga rękę przed siebie a Jennifer leci na ścianę jakby ktoś ją uderzył. Kiedy się poruszam ból ręki jest coraz większy, ale muszę przetrwać chociaż przez chwilę. Jen wstaje. Bierze pochodnie z lewej ściany na którą poleciała i prowokuje stwora do walki, powoli przybliżając się do niego. Ja natomiast podchodzę do prawej ściany i również biorę pochodnie. Zachodzę potwora od tyłu i podpalam mu tył szaty. Przerażony odwraca się i chce podnieść rękę żeby mnie odepchnąć, lecz dopiero po chwili zauważa, że jego szata z tyłu się pali. Kiedy chce ją ugasić, Jen ciągnie go za kaptur, a ten się wygina jak most łukowy. Podpala mu przód stroju, a ja go kopię w nogi, wyjąc przy tym z bólu spowodowanego przez złamaną prawą dłoń która zrobiła się teraz okropnie sina. Kiedy Jennifer kończy podpalać mu przód szaty, wsadza mu pochodnię do buzi. Słyszymy tylko jak w środku krzyczy. Jen podbiega do mnie i razem patrzymy jak potwór staje w płomieniach, a po chwili runie na ziemię. Jennifer spogląda na mnie i się do mnie przytula. Krzywię się z bólu, ponieważ ucisnęła moją złamaną rękę.
- Au!- mówię.
- O boże! Co on ci narobił! Musimy coś z tym zrobić zanim stanie się w tej kości coś gorszego- odpowiada.
- Dobra, dobra. Najpierw musimy się stąd wydostać! To miejsce jest szalone!- krzyczę.
- Chodźmy- mówi Jen i kierujemy się ku wyjściu trzymając się za ręce.
Kiedy wychodzimy z sali, jesteśmy w półciemnym korytarzu, który jak mi się wydaje jest dosyć długi. Po prawej stronie od wyjścia jest ściana, więc musimy się kierować w lewo. Po obu stronach ścian są pochodnie i drzwi które rozmieszczone są co około 20 metrów. Idziemy powoli. Ja nadal trzymam pochodnię, która bardziej rozświetla nam ten długi korytarz.
- Cholera jasna kiedy ten cholerny korytarz się wreszcie skoń...- mówi Jennifer i nagle przerywa.
Z drzwi po prawej stronie wyskakuje jakaś dziewczyna. Na oko, ma około czternastu, szesnastu lat. Uderza Jen w głowę jakąś metalową rurą, a ta upada na ziemię. Szybko reaguję i natychmiast pochodnią dotykam jej lewej ręki. Dziewczyna wyje z bólu i opada. Jen natomiast wstaje i podchodzi do niej.
- TY SZMATO!- krzyczy i zaczyna ją kopać- ZWARIOWAŁAŚ?! MY NIE JESTEŚMY NIMI! MY JESTEŚMY LUDŹMI!
- Zostaw ją!- krzyczę i przyciągam Jen do siebie.
Dziewczyna wstaje. W miejscu gdzie ją dotknąłem pochodnią, skóra jest pęknięta, a z niej płynie krew.
- Ludzie!- mówi- Dzięki Bogu!- zaczyna płakać.
- Spokojnie- mówię- już nic ci nie zrobimy. Po prostu przestraszyliśmy się ciebie tak samo jak ty nas.
- Ja... przepraszam. Myślałam że to oni... te potwory- odpowiada smutnym głosem.
Jennifer podchodzi powolnym krokiem do dziewczyny i kuca przy niej.
- Co się stało? Skąd się wzięłaś tutaj i jak masz w ogóle na imię?- Jen pyta się dziewczyny.
- Mam na imię Zoe i...- Zoe zaczyna płakać.
- Już dobrze- mówię- Nie musisz się nas bać.
- No dobrze, a więc pięć dni temu szłam z przyjaciółmi z nocnej imprezy. Mówili oni, że wczoraj wieczorem widzieli, jak jakiś gościu w czarnym stroju szarpał dwóch nastolatków. Spojrzał na moich znajomych, a oni uciekli. Kiedy mi to powiedzieli to trochę się przeraziłam. No i tak szliśmy szliśmy kiedy nagle usłyszeliśmy przerażający dźwięk, no tak jakby pisk. Z ziemi wyłonił się ten potwór. Przebił ciała moich znajomych i wrzucił ich do tej dziury w ziemi. Zaczęłam krzyczeć i uciekać, ale to coś wymówiło jakieś słowa w nieznanym mi języku i poleciałam do tyłu kilka metrów. Złapał mnie i wszedł ze mną w głąb dziury. Kiedy przedzieraliśmy się przez ziemię straciłam przytomność. Obudziłam się w takiej gigantycznej sali. Oni tam byli, rozmawiali o czymś, co dziwne rozumiałam o czym mówią. Myśleli że jestem nadal nieprzytomna. Gadali o jakiejś wojnie pomiędzy rodzajami i przepowiedni, która jeśli się spełni..nadejdzie koniec świata. Mówili coś też o ofiarach i o tym że niektóre rodzaje chcą ich powstrzymać. Tak naprawdę to nie wiem co to te rodzaje- ciągnie.
- Dziwne- mówię.
Ktoś w korytarzu na przeciwko nas oddalony o około sto metrów zauważa mnie, Jennifer i Zoe.
- O cholera- mówi Zoe i szybko wstaje.
- UCIEKAMY!- krzyczę i biegniemy w stronę z której przyszliśmy razem z Jen.
Potwór zaczyna biec za nami. Mamy przewagę w odległości. Złamana ręka mocno mnie boli, lecz zaciskam zęby.Koniec. Tu jest ściana i salka obok w której nic nie ma. Z kieszeni prawie wypada mi ten naszyjnik, lecz w ostatnim momencie udaje mi się go złapać.
- Boże i co teraz?!- panikuje Jennifer.
Zoe, która jest obok szturcha mnie, a z dłoni wypada mi naszyjnik i dodatkowo poprzez kopnięcie Jen przesuwa się o dwa metry. Potwór jest już około czterdziestu metrów od nas. Lecz nagle zaczyna się dziać coś dziwnego. W podłodze tworzy się czarna dziura na szerokość korytarza. Potwór jest już około dwudziestu pięciu metrów przed nami. Zatrzymuje się i w osłupieniu gapi się na nas. Nagle zaczyna biec ponownie i to szybciej.
- Wskakujcie tam!- krzyczę.
- Co?!- odpowiada Zoe z niedowierzaniem.
- Jeśli tam nie wskoczycie on nas złapie i zabije!- krzyczę- szybciej!
Piętnaście metrów.
- W końcu musi tam coś być!- krzyczę
Dwanaście metrów.
Zoe bierze głęboki oddech i wskakuje do dziury, a za nią Jennifer.
Osiem metrów.
Podnoszę z ziemi naszyjnik i zawieszam go sobie na szyję.
Pięć metrów
Potwór jest coraz bliżej. Głośno warczy.Skaczę. Po moim skoku dziura się zamyka. Po chwili czuję lekkie powietrze, a potem wiatr. Spadam w kierunku światła. Krzyczę. Kiedy przechodzę przez barierę tej jasności, pojawiam się w miejscu, w którym zniknęliśmy razem z Jen bodajże ostatniej nocy. Upadek jest twardy z około pięciu metrów. Spadam na złamaną rękę, wrzeszczę z bólu. Jen jest obok mnie, ale nie ma z nami jednej osoby.
Nie ma Zoe.
czwartek, 17 kwietnia 2014
niedziela, 13 kwietnia 2014
Rozdział 3
To...to było coś niesamowitego, a zarazem przerażającego. Stoimy kilkanaście sekund. Słyszymy jakiś pojazd na sygnale, więc uciekamy z miejsca zdarzenia. Biegniemy, aż w końcu docieramy do jakiejś uliczki około osiemset metrów od zdarzenia. Nie czuję zmęczenia z powodu adrenaliny. Widzę jak Jennifer się trzęsie, jak jej oddech z nerwów nie może się unormować.
- Jen, spokojnie! To już minęło! Nie ma się czego bać.- mówię do niej. Patrzy na mnie przez chwilę, a następnie się przytula. Uliczka jest bardzo wąska. Położona jest pomiędzy dwoma ceglanymi kamieniczkami. Widzę jak patrole policji, straże pożarne i karetki przejeżdżają. Biorę Jennifer za rękę, a następnie kierujemy się w kierunku mojego domu.
- Nie zwracaj na siebie szczególnej uwagi.- mówię- to może zwrócić na nas czyjąś uwagę i mogą nas podejrzewać o spowodowanie tego..szalonego zdarzenia.
Pewnie znaleźli już ciało tego doktora. Nie chcę o tym myśleć, lecz to wspomnienie jakoś samo nawraca. Jen idzie z założonymi rękoma i stara się unormować oddech. Kiedy docieramy do domu, każę Jennifer iść do mojego pokoju, a ja w tym czasie idę sprawdzić jak się czuje mój brat i mama. Nadal śpią, więc idę do Jennifer. Siedzi na łóżku i ogląda wiadomości w telewizji. Mówią o wypadku w parku. Całe USA o tym gada.
- Będzie dobrze...- mówię- złapią tego kto to zrobił, ale...albo...nie.
- To jest kompletnie popieprzone! Nierealne!!!- krzyczy i zaczyna wpadać w histerię.
- Jennifer uspokój się! Paniką niczego nie rozwiążesz!- odpowiadam.
- Nie rozwiąże?! Tego nie da się rozwiązać! To coś nawet nie było człowiekiem! Widziałeś co tam się stało, ja też i nie wiadomo co to było! To było coś zza światów!- mówi.
- Dobrze, już dobrze- przyciągam ją do siebie a ona się przytula- Później odprowadzę cię do domu.
Jest godzina dwudziesta druga czterdzieści cztery. Moja mama ogląda telewizję, a brat śpi. Jennifer również śpi na moim łóżku. Postanawiam ją zaraz obudzić, lecz przed tym chodzę na dół do mamy. Siedzi na fotelu i ogląda telewizor. Podchodzę do niej.
- Mamo idę odprowadzić Jen, będę za trzydzieści minut- mówię.
- Dobrze, tylko uważajcie na siebie. Kto wie czy ten zabójca nie chodzi po osiedlu i czyha- odpowiada.
- Oj przestań...- mówię i wychodzę a następnie kieruję się na górę do mojego pokoju.
Podchodzę do leżącej Jennifer i lekko ją szturcham. Po chwili się wybudza.
- Chodź odprowadzę cię do domu- mówię.
- Okay- odpowiada a następnie wstaje i schodzi po schodach na dół do przedpokoju.
Wychodzimy. Noc jest duszna i wilgotna. Jen mieszka około 10 minut od mojego domu, więc w sumie jest niedaleko.
- Nie mogę o tym zapomnieć- Jen przerywa ciszę- to było coś okropnego.
- Słuchaj, mówiłem Ci że nie masz o tym myśleć. Po prostu nie zawracaj sobie tym głowy, pomyśl o czymś innym- odpowiadam.
- Łatwo Ci powiedzieć...tak się nie da- mówi.
Od tego momentu już się nie odzywa. Idziemy znowu w ciszy. Jesteśmy około kilometra od mojego miejsca zamieszkania w miejscu gdzie jest niewielka polanka która odgradza dzielnicę Night od dzielnicy Day. Poruszamy się po małej dróżce a po bokach rosną niewielkie drzewa.
Słyszę nagle jakiś chrzęst. Jen od razu zamiera i się zatrzymuje. Ja tak samo. Odwracam się, lecz nic nie widzę. Może to po prostu jakiś szczur lub coś w tym stylu. Idziemy dalej. Nagle nasz słuch rozdziera okropnie głośny i przeraźliwy pisk. Przed nami ziemia z ogromną szybkością się otwiera a z podziemi wypełza ta sama postać która była dzisiaj w parku, tyle że bez tych długich pazurów. Jen upada na ziemię, zemdlała. Potwór wydaje jakiś warkot. Bierze rękę przed siebie, a mnie odpycha do tyłu. Krzyczę a następnie upadam na ziemię. Zakapturzona postać podchodzi do Jen, podnosi ją i bierze na ręce. Ja natomiast wstaję i podbiegam do tego potwora który odwrócił się w stronę dziury i do niej podchodzi. Biegnę co sił w nogach. Wyciągam ręce i skaczę jak długi. Potwór wskakuję do ziemi, lecz udało mi się złapać jego spiczasty kaptur. Czuję smród w glebie, a następnie ziemia się zasypuję. Słyszę jakieś trzaski i piski, tutaj jest gorąco. Ziemia rozstępuje się pod nami. Odgłosy stają się coraz głośniejsze. Udało mi się coś zerwać z szyi potwora, lecz nie wiem co to jest.
W końcu tracę przytomność.
- Jen, spokojnie! To już minęło! Nie ma się czego bać.- mówię do niej. Patrzy na mnie przez chwilę, a następnie się przytula. Uliczka jest bardzo wąska. Położona jest pomiędzy dwoma ceglanymi kamieniczkami. Widzę jak patrole policji, straże pożarne i karetki przejeżdżają. Biorę Jennifer za rękę, a następnie kierujemy się w kierunku mojego domu.
- Nie zwracaj na siebie szczególnej uwagi.- mówię- to może zwrócić na nas czyjąś uwagę i mogą nas podejrzewać o spowodowanie tego..szalonego zdarzenia.
Pewnie znaleźli już ciało tego doktora. Nie chcę o tym myśleć, lecz to wspomnienie jakoś samo nawraca. Jen idzie z założonymi rękoma i stara się unormować oddech. Kiedy docieramy do domu, każę Jennifer iść do mojego pokoju, a ja w tym czasie idę sprawdzić jak się czuje mój brat i mama. Nadal śpią, więc idę do Jennifer. Siedzi na łóżku i ogląda wiadomości w telewizji. Mówią o wypadku w parku. Całe USA o tym gada.
- Będzie dobrze...- mówię- złapią tego kto to zrobił, ale...albo...nie.
- To jest kompletnie popieprzone! Nierealne!!!- krzyczy i zaczyna wpadać w histerię.
- Jennifer uspokój się! Paniką niczego nie rozwiążesz!- odpowiadam.
- Nie rozwiąże?! Tego nie da się rozwiązać! To coś nawet nie było człowiekiem! Widziałeś co tam się stało, ja też i nie wiadomo co to było! To było coś zza światów!- mówi.
- Dobrze, już dobrze- przyciągam ją do siebie a ona się przytula- Później odprowadzę cię do domu.
...
Jest godzina dwudziesta druga czterdzieści cztery. Moja mama ogląda telewizję, a brat śpi. Jennifer również śpi na moim łóżku. Postanawiam ją zaraz obudzić, lecz przed tym chodzę na dół do mamy. Siedzi na fotelu i ogląda telewizor. Podchodzę do niej.
- Mamo idę odprowadzić Jen, będę za trzydzieści minut- mówię.
- Dobrze, tylko uważajcie na siebie. Kto wie czy ten zabójca nie chodzi po osiedlu i czyha- odpowiada.
- Oj przestań...- mówię i wychodzę a następnie kieruję się na górę do mojego pokoju.
Podchodzę do leżącej Jennifer i lekko ją szturcham. Po chwili się wybudza.
- Chodź odprowadzę cię do domu- mówię.
- Okay- odpowiada a następnie wstaje i schodzi po schodach na dół do przedpokoju.
Wychodzimy. Noc jest duszna i wilgotna. Jen mieszka około 10 minut od mojego domu, więc w sumie jest niedaleko.
- Nie mogę o tym zapomnieć- Jen przerywa ciszę- to było coś okropnego.
- Słuchaj, mówiłem Ci że nie masz o tym myśleć. Po prostu nie zawracaj sobie tym głowy, pomyśl o czymś innym- odpowiadam.
- Łatwo Ci powiedzieć...tak się nie da- mówi.
Od tego momentu już się nie odzywa. Idziemy znowu w ciszy. Jesteśmy około kilometra od mojego miejsca zamieszkania w miejscu gdzie jest niewielka polanka która odgradza dzielnicę Night od dzielnicy Day. Poruszamy się po małej dróżce a po bokach rosną niewielkie drzewa.
Słyszę nagle jakiś chrzęst. Jen od razu zamiera i się zatrzymuje. Ja tak samo. Odwracam się, lecz nic nie widzę. Może to po prostu jakiś szczur lub coś w tym stylu. Idziemy dalej. Nagle nasz słuch rozdziera okropnie głośny i przeraźliwy pisk. Przed nami ziemia z ogromną szybkością się otwiera a z podziemi wypełza ta sama postać która była dzisiaj w parku, tyle że bez tych długich pazurów. Jen upada na ziemię, zemdlała. Potwór wydaje jakiś warkot. Bierze rękę przed siebie, a mnie odpycha do tyłu. Krzyczę a następnie upadam na ziemię. Zakapturzona postać podchodzi do Jen, podnosi ją i bierze na ręce. Ja natomiast wstaję i podbiegam do tego potwora który odwrócił się w stronę dziury i do niej podchodzi. Biegnę co sił w nogach. Wyciągam ręce i skaczę jak długi. Potwór wskakuję do ziemi, lecz udało mi się złapać jego spiczasty kaptur. Czuję smród w glebie, a następnie ziemia się zasypuję. Słyszę jakieś trzaski i piski, tutaj jest gorąco. Ziemia rozstępuje się pod nami. Odgłosy stają się coraz głośniejsze. Udało mi się coś zerwać z szyi potwora, lecz nie wiem co to jest.
W końcu tracę przytomność.
Subskrybuj:
Posty (Atom)